Pokazywanie postów oznaczonych etykietą szydełkowanie. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą szydełkowanie. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 11 kwietnia 2017

Wielkie kłamstewka, czyli recenzja i odpoczynek od wyzwań

Bez żartów proszę. To już prawie połowa kwietnia? Kiedy, jak to się stało?

Marzec to był dla mnie miesiąc pełen wyzwań. Start sprzedaży nowych w Polsce farb do mebli, czyli mineralnych farb akrylowych Fusion, zaowocował koniecznością dużych zmian w moim sklepie www.hemma.pl. Nadal ulepszam, konfiguruję, kiedy tylko mogę pracuję nad tym, aby sklep był funkcjonalny.

Dodatkowo miałam duże zlecenie związane z malowaniem, trzy tygodnie je realizowałam, bardzo na raty i głównie po nocach. W dzień nie miałam jak się na pracy skupić, bo maluszek jest już znacznie bardziej świata ciekawy - mniej śpi w dzień i chce zwiedzać, obserwować otoczenie z perspektywy moich ramion, nie ma ochoty na leżenie i spanie.

próbniki kolorów farby akrylowej Fusion - też w marcu zrobiłam :)
Z mojej perspektywy to teraz czeka mnie najtrudniejszy czas. Mały człowiek odkrywa, że tyle ciekawego jest naokoło. Chciałby dotknąć, polizać, zobaczyć a tu nawet pełzanie raczkuje, więc własna niemoc irytuje i w płacz maluch uderza. Zniecierpliwienie potęgują zęby rosnące, więc najbliższe tygodnie to dla mnie znana już (z niemowlęcych czasów starszych dzieci) próba cierpliwości. Ale wiem dobrze, że to minie, jak wszystko. Przy małych dzieciach świat, jak elementy w kalejdoskopie, co dzień układa się inaczej. To dobre, ale i męczące, czasem też smutne bardzo, bo wszystko tak szybko się odmienia i nowe następuje. Coś co było zwyczajem, rytuałem przez kilka tygodni, nagle jest już tylko wspomnieniem...

szyć też próbowałam, ale z marnym skutkiem... :) klik
W marcu też udało mi się trochę poszydełkować, dla koleżanek zrobić dekoracje ze sznurka bawełnianego. To miłe, szydełkowanie czy na drutach robienie to dla mnie relaks duży. 
szydełkowa podkładka na stół robiona z dwóch kolorów (wzór jak na dywanik)
Jak zlecenie skończyłam, to byłam tak wymęczona, że dla równowagi pędzle odłożyłam i dla odmiany zanurzyłam się w TV. Na okoliczność wykupienia możliwości oglądania meczów piłkarskich na Euro 2016, nabyliśmy też dostęp do m.in. HBO GO. I póki mam ten serwis, korzystam kiedy mogę. Telewizji jako takiej właściwie nie oglądam, nie mam na to czasu, ale właściwie to chęci mi brak, bo zazwyczaj znajduję sobie inne zajęcie. To że na HBO GO oglądam film czasem w kilkunastu "odcinkach" mi w ogóle nie przeszkadza, kwestia przyzwyczajenia :)

W tym serwisie są też dostępne do obejrzenia całe sezony różnych seriali. O "Grze o Tron" nawet nie wspominam, bo to temat rzeka a ja należę do tej grupy, co czeka na pierwszy odcinek nowej serii, bardziej niecierpliwie niż moje dzieci na św. Mikołaja w Wigilię. Z innych produkcji - dzięki dostępowi do wspomnianego serwisu odkryłam seriale, które mnie urzekły. Najbardziej poluje na te z krajów "egzotycznych" ;) 

Czeski serial "Pustkowie" trzymał mnie za gardło i długo nie pozwalał odetchnąć. Inny rumuński czeka na dokończenie a teraz po kolei oglądam odcinki węgierskiego "Złotego źycia". Przyznam, że nie podróżowałam nigdy za wiele i nawet te najbliższe Polsce geograficznie kraje są dla mnie zagadką. Wiem, że nie poznam danego kraju oglądając serial w nim wyprodukowany - dość powiedzieć, marny poziom poznania byłby, gdyby ktoś spoza Polski miałby wyciągać daleko idące wnioski, jakim krajem jest Polska, po obejrzeniu serialu np. "Prawo Agaty" :) 

Więc kraju nie poznam, ale i tak serial czeski czy węgierski oglądam z zaciekawieniem - bo widzę np. jak tamte ulice wyglądają. Wyłączam polskiego lektora, uruchamiam napisy i słucham obcego języka - tak lubię oglądać. Poza tym, europejskie seriale ciekawią mnie inną narracją, nieraz bardzo daleką od tak dobrze znanych, typowych amerykańskich seriali. Choć i na tym polu miałam pod koniec marca naprawdę wspaniałą niespodziankę i dlatego całym sercem polecam obejrzeć amerykański serial pt. "Wielkie klamstewka" (Big Little Lies).

Serial to ekranizacja książki o tym samym tytule. Od początku wiemy, że ktoś zginął, że było to zabójstwo lub nieszczęśliwy wypadek. Ale nie wiemy kto, co, jak i to jest główna oś fabularna serialu, w którym przeplatają się wątki związane z trzema kobietami i ich dziećmi, znajomymi, rodzinami. Czas, w którym rozgrywają się wydarzenia w serialu, to kilka tygodni, ale chronologia jest przerywana reminiscencjami wydarzeń przywoływanych przez różnych bohaterów oraz licznymi dygresjami, które robią osoby znające główne bohaterki, ale nie znające ich dobrze. 
Te osoby snują swoje opowieści pełne własnych spostrzeżeń, plotek, zasłyszanych historii i to stoi w opozycji do wydarzeń, które my oglądamy jako widzowie. Czyli słyszymy "prawdę" osób postronnych a widzimy, towarzyszymy wydarzeniom, które naprawdę dotykają główne bohaterki. Ten dysonans, to zestawienie tego, co ludzie mówią o bohaterkach serialu, jakie wnioski wyciągają ze strzępów informacji, z obserwacji z dalszego planu, z tym, co się naprawdę wydarzyło - to zaciekawiło mnie w serialu najbardziej i najmocniej do kolejnego odcinka przyciągało. 

Nie czytałam książki, więc zagadka kryminalna była dla mnie zagadką i nic nie psuło przyjemności z oglądania, nawet fakt, że dość szybko zaczęłam się domyślać kto zginął, ale jak i kto się do tego przyczynił -  tego wiedzieć nie mogłam. I nie wiedziałam do ostatnich minut serialu, gdy w pełnej pasji retrospekcji widzimy, co się naprawdę stało. I sami możemy to zestawić, porównać z tym co "ludzie mówili". Paradoksalnie, wszystkie "prawdy", które w konspiracyjnym tonie i z wielkim przekonaniem o swojej słuszności wygłaszają mieszkańcy miasteczka, w którym dzieje się akcja serialu, dają najlepsze alibi głównym bohaterkom, które - nawiązując do tytułu serialu - też kłamią, aby chronić kogoś ze swojej grupy. 
Podsumowując - serial wspaniały, serdecznie polecam. 

Jeszcze jedno - muzyka w nim jest cudowna. Ciągle mam m.in. w głowie ten kawałek, otwierający serial.

Powoli mój "detoks" się kończy - niedługo wracam do malowania :)

Pozdrawiam,
Ewa

wtorek, 7 lutego 2017

Domowa czasoprzestrzeń - nie czekaj / Home not alone - do not wait #7

Mówią, że życie zaczyna się po czterdziestce. No, tego jeszcze nie wiem, ale wiem, że ja do życia obudziłam się po trzydziestce. Miałam lat trzydzieści i trochę, zrobiłam rewolucję w swoim życiu - prywatnie i zawodowo skręciłam na inne tory. Teraz jadę, może nie zawsze gładko, ale miło i w kochanym towarzystwie. 

Mam wrażenie, że pół życia w pewnym sensie przegapiłam, ponieważ z powodu jakiejś tam niewiary w siebie i swoje możliwości, wielu rzeczy nie robiłam, nawet nie próbowałam robić. Teraz chce mi się wszystko robić, wszystkiego spróbować i myśl o możliwym marnym efekcie nie paraliżuje. Chcę szyć, szydełkować, malować, wycinać, przyklejać, wyszywać, uczyć się ceramiki itd itd, ale nie mam tyle czasu na takie zajęcia ile bym chciała, ale i tak działam, ile mogę, bo mam z tego moc radości.

Parę razy słyszałam pytanie - kiedy ty to robisz, masz czas na takie rzeczy? Ano mam, mam dokładnie tyle czasu co Ty, co każdy z nas. Duża cześć mojego dnia pochłonięta jest przez domowe sprawy, dzieci i ich potrzeby, jestem więc przyzwyczajona do robienia wszystkiego po trochu i kilka rzeczy w tym samym okresie czasu. Wszystko robię kawałek po kawałku, etapami. Nie frustruje mnie to, że muszę coś przerwać, odłożyć, tak po prostu teraz jest i już. Jak mam określony termin to zaczynam działać wcześniej, ponieważ kończę później, niż bym chciała.

Jestem bardzo dobra w planowaniu i jeszcze lepsza w cierpliwym obserwowaniu jak mój plan obraca się w niwecz. Momentalnie adaptuję się do nowej sytuacji i znów działam, najwyżej z nową wytyczną - byle do przodu.

Potrzebowałam zrobić koszyk w podziękowaniu za sąsiedzką przysługę - z ręką na sercu, gdybym miała taką możliwość, to zrobiłabym go w pół dnia, ale domowy stan rzeczy sprawił, że robiłam go rządek po rządku przez tydzień. Tak wyszło. Grunt, że skończyłam a najważniejsze, że koszyk się spodobał.



Bardzo lubię piec ciasta. Ciasto ma to do siebie, że zazwyczaj trzeba ukręcić, wymieszać i wstawić, bez przerw na karmienie, odbeknięcie i przewinięcie. Wiec piekę nie kiedy chcę a kiedy mogę, spontanicznie i nie porywam się na wielkie wypieki. Taki czas :)


Miałam zrobić kilkanaście tablic i zrobiłam. Kawałek po kawałku. Barwienie drewna, szablony, malowanie, woskowanie - razem ponad tydzień. Czasem miałam pięć minut, czasem pół godziny, czasem i dwie a malutki przy mnie w chuście. Podobają mi się te tablice, zadowolona z nich jestem. I z siebie, że dałam radę na czas.



Warto działać, nie bać się, nie ma co czekać na idealny moment, jak wszystko będzie poukładane, na swoim miejscu, a ty zwarta i gotowa. Generalnie, ze wszystkim w życiu, nie ma na co czekać, bo jest tylko to, co tu i teraz.

Więcej czasu nie mamy.

Pozdrawiam,
Ewa

czwartek, 15 grudnia 2016

O zwolnieniu - nowe uzależnienie / A very slow mode - new addiction

Pisałam już o tym, co można a czego nie można robić na zwolnieniu lekarskim:
http://www.slowhomeproject.com/2016/08/o-zwolnieniu-very-slow-mode.html?m=1

To było latem. Nadszedł wrzesień, dzieci wróciły do szkol i przedszkola a ja nadal byłam na zwolnieniu. I tak miało pozostać już do końca ciąży. Musiałam znaleźć jakiś sposób na ten czas spędzany w domu, w sytuacji kiedy nastrajała mnie mocno pesymistycznie już sama myśl o tym, że muszę wstać aby dojść do kuchni czy łazienki. Było minęło a ja ten czas mimo wszystko wspominam czule, bo wróciłam do dawnego, zapomnianego hobby i obejrzałam kilka dobrych seriali, oglądając ciągiem odcinek za odcinkiem. O serialach może innym razem, teraz o hobby.



Druty, robienie na drutach - wciągnęło mnie to bez reszty. Przypomniałam sobie dawną naukę od mamy pobraną - oczko prawe, oczko lewe i popełniłam czapkę z warkoczami dla synka. Od tego się zaczęło i na tym nie poprzestałam :)








Następnie była czapka dla pociechy najstarszej, potem znów najmłodszej. W międzyczasie czapka dla męża, komin dla syna i dwie czapki z myślą o prezentach. Wciągnęło mnie robienie na drutach pod koniec ciąży bardziej niż bym przypuszczałam, że mnie to wciągnąć może. Pomogło mi to uciec z myślami od mojej niemocy ruchowej i pozbyć się poczucia "marnowania czasu". Siedziałam, leżałam i dziergałam. Dodatkowo - to naprawdę bardzo relaksuje i miło spojrzeć na efekty swojej pracy na bliskiej osobie* :)


Skończyło się na tym że dziecko urodziłam a na drutach robić nie przestałam :) Wręcz przeciwnie - rozkręcam się! Zamówiłam nową porcję włóczek i dziergam dalej pod pretekstem konieczności wykonania prezentów świątecznych.


A włóczki są teraz niesamowite! Wybór jest przeogromny. Kolory, składy - cudowny zawrót głowy. Póki co wypróbowałam włóczki Yarn Art, Drops, Himalaya i Nako. Żadna mnie nie zawiodła. Koniec z 100% akrylem i gryzącą wełną. Teraz miękka wełna merynosów czy alpaka otula* i będzie otulać głowy moich bliskich :)



*Na szczęście moje czapki się spodobały i są noszone ;)

poniedziałek, 14 marca 2016

Domowa czasoprzestrzeń / Home not alone #5

Lubię leniwe weekendy. Czasem takie miewam :)

W sobotę urodziny kolegi synka, drobne zakupy, układanie sklepu internetowego, pranie, drugie pranie, kilka partyjek gry w Uno i dzień mija. Wzięło mnie na wspólne z dziećmi kreatywne klejenie w stylu decoupage - styropianowe jajka, klej do decoupage, serwetki (m.in. ze świnki Peppa). Efekty poniżej. Dalekie od ideału,  ale według mnie urocze. Dzieci robiły, ja asystowałam :)
W niedziele wieczorem usiadłam do szydełka i zaczęłam szydełkowego pufa.
Mile wspominam weekend. Poniedziałek w korpobiurze dał mi w kość.
Odpoczywam. Szydełkuje. Myślę o tym co dalej.
Spokojnego jutra dla wszystkich.

poniedziałek, 7 marca 2016

Ostatnimi dniami / While I was gone #1

Intensywne dni za mną. Więcej napiszę i więcej pokażę w tygodniu a teraz tylko skrót, mały fragment tego co było.

Układałam swój sklep internetowy z farbami do malowania mebli oraz z ręcznie robionymi czy ręcznie zdobionymi przedmiotami. 
Na hemma.pl można m.in. znaleźć i kupić przedmioty ozdobione przez przemiłą Elę (więcej o niej tutaj).


 Link do rzeczy ozdobionych przez Elę TUTAJ

 Pięknie pomalowana szafeczka nocna czeka nowego właściciela TUTAJ


Pomalowany metaliczną farbą kredową Autentico drewniany ampersand to miła ozdoba - aby kupić KLIKNIJ


Dni w biurze (korporacja to moja druga praca) umila mi widok Świnki Peppy pokolorowanej w cudny sposób przez moją najmłodszą pociechę.


Mała szafeczka nocna, kupiona w Jysk zyskała nowe oblicze (o niej więcej już niedługo). Malowana była kolorem Marzipan od Miss Mustard Seed's Milk Paint (do nabycia oczywiscie u mnie :) KLIK

Tego pufa (tę pufę) robiłam skandalicznie długo... Następne dwie (szare) muszę zrobić szybciej + planuję zrobić ze dwie na zapas i umieścić je w sklepie on-line.
Na razie w moim sklepie można kupić na szydełku zrobiony koszyk i torbę ZOBACZ



 Pomalowałam też na biało całkiem sporą kuchnię... Było sporo pracy :) Satysfakcja wielka!
O niej więcej też już niedługo. Treaz już napiszę tylko - dobrej nocy!



sobota, 23 stycznia 2016

Domowa czasoprzestrzeń / Home not alone #2

Zapalenia oskrzeli u najmłodszego dziecka nie przewidzisz.
Tego, że podłapiesz zapalenie oskrzeli od dziecka - tym bardziej :)
Już zapomniałam, że można tak chorować. Miałam wrażenie, że wyrosłam z antybiotykowo-gorączkowo-kaszlowych stanów, więc boleśnie przekonałam się o tym, że niekoniecznie.  
Przez kilka dni miałam bytowanie bardzo slow. Dom się nie zawalił, jeszcze jakieś czyste ubrania są w zasięgu ręki, wiec na weekend nie planuję za wiele.

Za to na przyszły tydzień mam plan ambitny zrobić jedną czy dwie pufy - nowe sznurki przyjechały do mnie. 



Swoją drogą - puf czy pufa? Poprawnie jest ten puf, co nie zmienia faktu że niemal wszyscy wokół mnie mówią ta pufa. Mi też bliższa jest wersja żeńska. Nie jestem purystą językowym, uważam że język jest dla ludzi a nie ludzie dla języka. My, użytkownicy języka, tworzymy go i on się zmienia razem z nami. Nowe słowa, nowe znaczenia, zapożyczenia itd - w języku nie ma nudy. Norma językowa stoi na straży, żeby zmiany nie następowały zbyt szybko i zbyt pochopnie, ale myślę że przed siłą kobiecej pufy niedługo się ugnie :) 

Nowe szydełkowe pufy mają być na wzór tej, ale monochromatyczne - szare i czekoladowe.



Chciałabym też w najbliższych dniach trochę pomalować i m.in. wykorzystać kolory stycznia, Bergere i Ironstone, na meblu lub drewnianej dekoracji. Poniżej kilka inspiracji z zagranicznych blogów (m.in. ze strony niesamowitej Miss Mustard Seed, twórczyni Miss Mustard Sedd's Milk Paint).

Bergere to jeden z kilku błękitów z linii Miss Mustard Seed's Milk Paint. To niejednoznaczny, lekko przydymiony szarością błękit. Ten kolor farby mlecznej jest jak kameleon, w zależności od otoczenia i intensywności światła, może być bardziej niebieski lub bardziej szary. To ciepły, miły kolor, idealny dla wielbicieli błękitów i niebieskości.



http://missmustardseed.com/2014/10/say-hello-bergere/
Ironstone to biel. Kolor został tak nazwany, ponieważ był tworzony aby oddać ocień, jaki ma angielska porcelana typu ironstone china. 


http://missmustardseed.com/2014/02/tips-shopping-ironstone/
To jest chłodna jasna biel, z subtelną kroplą szarości. Idealnie wygląda solo, gdy cały mebel jest pomalowany jednolicie, na gładko. Sprawdza się też w malowaniu z typowym dla farby mlecznej efektem chippy look. Można malować warstwowo lub można użyć tego koloru, aby rozjaśnić, rozbielić dowolny inny kolor farby mlecznej. 




http://missmustardseed.com/2012/08/say-hello-to-ironstone/

http://www.missmustardseedsmilkpaint.com/a-new-milk-paint-buffet/

czwartek, 14 stycznia 2016

Domowa czasoprzestrzeń / Home not alone #1

Mam chwilową przerwę od cotygodniowej rutyny. Zapalenia oskrzeli u najmłodszej pociechy nie sposób przewidzieć i nagle niemal wszystkie zawodowe czy prywatne plany muszą zostać zrewidowane. Czas zupełnie inaczej mi płynie, gdy rytm dnia wyznaczają godziny podania lekarstw i inhalacje a nie maile i spotkania w biurze. Zawsze, gdy znienacka zostaję w domu, wbrew wczorajszym planom, zaskakuje mnie długość poranka i przemożne wrażenie, że taki długi dzień przede mną, że tyle zdążę zrobić a potem nagle jest wielkie przyspieszenie, migiem mija południe, nagle muszę się skonfrontować z popołudniem i porą obiadową a potem znów jest wieczór.

Skoro już jestem w domu to bym chciała nadgonić wszelkie domowe obowiązki a przecież tyle zrobię na ile mały człowiek z wielkim kaszlem mi pozwoli. Więc odpuszczam, dziś odpuszczam, nie będę się miotać, jak się wypierze to wywieszę, albo teraz albo później, obiad odgrzeję z wczoraj a głównie to będę przytulać malucha i pobawię się w co tam będzie ochota.

A jak zaśnie to nie pobiegnę po żelazko, tylko może zrobię jeszcze jednego takiego malucha, jak poniżej? Ten zrobiłam w poprzedni weekend. Jednym okiem oglądałam film a drugim pilnowałam liczby oczek. Taki koszyk, ile mi sznurka starczyło, bo miałam resztki motków z czarnym kolorem i miętowym. Przejrzę zapasy i resztki, bo na nową dostawę sznurków czekam, zobaczę, może uda mi się coś upleść.

Miłego dnia życzę, zdrowego!

Szydełkowy koszyk / Crochet basket [KLIK]


niedziela, 3 stycznia 2016

Podsumowanie roku 2015 / Summary of 2015 - my own #2015bestnine

Dobry czas na podsumowania - poczatek roku 2016. Jaki był mój 2015? Długo by opowiadać, więc poniżej refleksja odnośnie tylko wycinka mojej rzeczywistości.

Z pomocą odnośnie bycia/życia w Internecie przyszła mi strona 2015bestnine.com, z której pochodzi poniższy kolaż zdjeć.

www.instagram.com/kredowemeblove/
Jest to strona, na której można wpisać swój login z profilu na Instagramie. Po kilku chwilach pokazuje się podsumowanie jak wyżej. W 2015 roku umieściłam na Instagramie 159 zdjęć i jak dla mnie, polubione zostały zaskakująco wiele razy, co mnie bardzo cieszy, bo to miłe jak jest interakcja i można poczuć, że inni lubią to, co się im pokazuje. Ja nie pokazuję za wiele. Głównie swoje prace i wycinki dnia codziennego, z częstotliwością (jak widać) średnią, czyli mniej więcej jedno zdjęcie na dwa dni. Miewam przerwy dłuższe lub krótsze (nie zawsze mam coś ciekawego w mojej opinii do pokazania, albo zwyczajnie nie mam na to głowy czy ochoty), ale lubię Instagram i na pewno z niego nie zrezygnuję w najbliższym czasie. 

Jak widać, na dziewięć zdjeć, aż osiem pokazuje efekty mojego szydełkowania (i w jednym przypadku dziergania - poduszka na drutach zrobiona). Zaskakujące jest dla mnie, jak bardzo odnalazłam się w dawno niepraktykowanym hobby. Lubię szydełkować, ale i lubię jak szybko przybywa mi robótki, bo szydełkuję zrywami w okruchach wolnych chwil, więc w moim przypadku szydełkowanie jest zazwyczaj w wersji maxi, czyli włóczka to niemal zawsze sznurek bawełniany lub Hoooked Zpagetti. 
Na pewno w 2016 roku będę dalej szydełkowała i na pewno będę swoje prace pokazywała. Mam też skromny plan wprowadzić swoje prace do sklepu on-line, czyli www.hemma.pl. Mam nadzieję, że to będzie już niedługo.

Pozdrawiam serdecznie, idę się szykować do pracy. Do drugiej pracy, bo pracuję na dwa etaty: własna firma - to raz, a praca w międzynarodowej firmie budowlanej, to dwa. I jutro właśnie jest ten dzień, który kochają wszyscy etatowcy - czyli wracamy po przerwie świątecznej do biura! Cudownie! 

Trzymam kciuki, oby dzień był dla nas łaskawy ;)
Ewa

niedziela, 20 grudnia 2015

Szydełkowe pufy dwa / Crochet poufs

Pufy skończone!
Opiszę całość później, dziś tylko na szybko jedno zdjęcie z Instagrama.

Puf na szydełku zrobiony - Crochet pouf

https://www.instagram.com/p/_eFUXwuEdX/?taken-by=kredowemeblove

Pufy po choinkę powędrują, ale do bliskiej osoby, więc będę je czasami widywać. Będą mi się kojarzyć z serialem "Sherlock", który oglądałam jak je splatałam - odcinek za odcinkiem, po raz pierwszy tak mnie wciągnęło w serialową opowieść. Odkąd wróciłam do szydełkowania, robienia na drutach nie mam ochoty oglądać czegokolwiek na telewizorze czy komputerze bez jednoczesnego splatania - to marnowanie czasu :)


piątek, 18 grudnia 2015

Szydełkowy puf ze sznurka

Zeszły tydzień - urlop, ale i pracy dużo. Malowałam, sprzątałam, układałam. Ten tydzień - przerwa zdrowotna. Nie ma to jak poszaleć za bardzo... Regeneracji sprzyja siedzenie pod kocem i zapamiętałe szydełkowanie.

Kolejny rok z rzędu staram się przygotować część prezentów własnoręcznie. Już wiem, że nie zdążę z wszystkim co sobie zaplanowałam, więc rewiduję plany, ale i działam na ile mi dzieci i inne obowiązki pozwalają. Szydełkowanie to mój powrót po latach, odkryłam nowe typy włóczek (Hoooked Zpagetti, sznurek bawełniany) i splatam, kiedy tylko mogę.

Teraz kończę dwa pufy ze sznurka dla teściowej (nie zagląda tutaj, więc mogę pisać spokojnie - na pewno nie dowie się co będzie na nią czekać pod choinką). Czym najlepiej wypchać szydełkową pufę? Nie mam pojęcia :) Nie mam starych kołder, poduszek czy innych zbędnych wypełniaczy. Kupiłam na Allegro 100 litrów granulatu styropianowego - ciekawe doświadczenie... Kurier przyniósł mi zmaltretowaną paczkę, z której kulki styropianowe sypały się obficie. Po otwarciu paczki było jeszcze weselej - po kilkunastu minutach odkurzania sytuację częściowo opanowałam, ale worek z kulkami stoi w przedpokoju a ja boję się go ruszyć, bo mam wrażenie, że znów będzie jakby śnieg padał w domu.
Musiałabym uszyć pokrowiec na te kulki i wepchnąć całość do pufa. I domówić granulat! Bo te 100 litrów wystarczy na oko na jeden puf. Cóż, czasu mi na to brakuje, nie mam też zbędnej jasnej gładkiej bawełny. Więc wpycham do pufa jedną tanią kołdrę z IKEA (http://www.ikea.com/pl/pl/catalog/products/00271874/ oraz jedną poduszkę (http://www.ikea.com/pl/pl/catalog/products/10269804/) i jest cudnie! Pokażę później zdjęcia gotowych puf, poniżej zdjęcie "w trakcie".

Do większej pufy dla bratowej będę musiała chyba dwie kołdry wepchnąć, tym niemniej i tak uważam, że to chyba najlepsze wypełnienie dla pufy jakie mogłam teraz wymyślić. I na pewno najwygodniejsze :)
A o kulkach styropianowych staram się chwilowo nie myśleć... Coś dla nich wykombinuję później :)


https://www.instagram.com/p/_ZQJ1fuEY0/?taken-by=kredowemeblove