Ten moment, kiedy po dniach choroby, niepokoju i tulenia na rękach całymi dniami i nocami, Twoje niemowlę dokazuje bez opamiętania, wchodzi wszędzie, raczkuje nieustannie i zachowuje się jakby głową chciało w każdy róg każdego mebla uderzyć a Ty biegasz za nim i cieszysz się myślą, że wreszcie, że znowu i że jest cudownie, wspaniale - oszałamiające radością carpe diem, mimo że dosłownie padasz z nóg.
To uczucie, kiedy po tygodniach namyślań, wahań, wątpliwości i nocy bezsennych z nerwów, już wiesz co dalej, decyzja podjęta i zaczynasz nowy etap.
Ta chwila, kiedy wieczorem kładziesz się do łóżka a w głowie spokój, żadne wspomnienie kończącego się dnia nie męczy, duszy nie dręczy. Nie odtwarzasz w głowie w kółko wydarzeń mijającego dnia z tą kłującą myślą tupu: a może powinnam była, może trzeba było i mogłam inaczej powiedziec...
Spytaj mnie o chwile szczęścia, to podam Tobie przykłady takie jak wyżej. Według mnie nie ma nic cenniejszego w życiu, nic co daje więcej szczęścia niż spokój i rutyna dnia codziennego.
Ja wiem już niestety doskonale, że najbardziej tęskni się i żałuje, że nie wrócą te chwile powtarzane, do bólu znane i oklepane, które może niegdyś nudziły i nużyły a dziś są nie do powtórzenia, bo albo miejsce nie to, albo osób już tych nie ma.
Lubię jak jest "po staremu" i "znów tak samo". Męczy mnie stan przejściowy, typowy dla zmian. Lubię jak zmiana jest już za mną i na nowo mogę ścieżki wydeptywać, powtarzalne czynności odbywać.
Myślę, że nuda i ciche, spokojne dni to luksus i szczęście największe. Tak, tak myślę.
Mój sklep on-line z farbami do mebli:
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą domowe sprawy. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą domowe sprawy. Pokaż wszystkie posty
środa, 30 sierpnia 2017
sobota, 11 marca 2017
Ile farby potrzeba, aby pomalować komplet mebli? - Wyzwanie dla Fusion #2 / Painting furniture #ChallengeforFusion
W pokojach moich dzieci są: łóżka, szafy, komody, biurka, książki, zawsze dywan i kawałek gołej podłogi oraz oczywiście całe morze tego, co oni aktualnie kochają i czym się bawią, czyli papiery i papierki, kredki, farby, lalki, pianinka, auta, klocki, plastik taki i taki, poduszki, koce, patyki i kamyki. Czyli zawsze na środku pokoju i na obrzeżach, jest to, co w danej chwili najważniejsze. Kwestię sprzątania omińmy, bo po co się denerwować, wiadomo że to nie priorytet w świecie dziecięcym i płynnie przejdźmy do tego, co dzieci lubią. Moje dzieci uwielbiają zmiany w pokojach, każde przemeblowanie to frajda, jeszcze większa jest, jak maluję ich meble a największa - jak pozwalam im samym je pomalować :)
W pokoju najstarszej było już duże malowanie - wtedy była faza "na niebiesko". Teraz mamy "okres zielony" w domowej twórczości, więc skorzystałam z okazji i kolejne wyzwanie postawiłam przed farbą Fusion.
Ile potrzeba farby, aby pomalować meble w pokoju? Kolor Laurentien z farb Fusion został wybrany, mialam w ręku standardowe opakowanie farby Fusion (tj. 500ml), więc można było działać.
Laurentien jest to zielony kolor, z delikatnymi niebieskawymi refleksami. Jest zbyt intensywny, aby nazwać go typowym pastelowym
odcieniem, ale jest to pastelowa barwa, jasna, łagodna, odrobinę
rozbielona.
Miałam już ten kolor w użyciu, w maju zeszłego roku pomalowałam jedną warstwą tego koloru mój biały stół. Na to malowanie zużyłam niewiele farby Fusion ze opakowania zawierajacego pół litra farby. Reszta farby czekała na nowy pomysł i teraz przyszedł na nią czas.
Dla przypomnienia - meble Vox w pokoju najstarszej pociechy miały pierwotnie takie ciemne wykończenie. Następnie meble były niebieskie - zobacz starszy post.
Teraz dzieci dostały w dłoń wałek malarski z mikrofibry i pomalowały niebieskie kolory komody i szafki nocnej na zielono a ja malowałam szafę. Po jednej warstwie farby było już pełne krycie, niebieski kolor znikł, ale producent zaleca kłaść dwie warstwy farby dla większej trwałości a że meble dziecięce trwałości potrzebują, to położyliśmy cienko drugą warstwę farby na wszystkie meble. Farby starczyło, nawet kilka naparstków zostało w opakowaniu.
Farbą Fusion maluje się sprawnie i wygodnie, to była szybka metamorfoza mebli, jedno popołudnie i praca skończona. Malowaliśmy tylko fronty mebli, bez woskowania czy lakierowania, więc farba wyschła i malowanie było skończone. Jednym opakowaniem farby pomalowałam stół i meble jak na zdjęciu.
Często jestem pytana np. "czy starczy jedno opakowanie farby na pomalowanie szafy i komody"? Albo "ile jest potrzebne farby, aby pomalować komplet mebli". Zawsze dopytuję się, jakie dokładnie są meble do pomalowania, w sensie jakie duże i z jakiego materiału, oraz jaki jest pomysł na malowanie, jakie są potrzeby. Wydajność farby zależy najbardziej od rodzaju podłoża - jeśli jest chłonne i ciemne, to farby "schodzi" najwięcej. Wydajność farby do mebli zależy także od wybranej techniki malowania i od koloru, jakim malujemy.
Nie da się policzyć dokładnie, ze 100% dokładnością, ile farby jest potrzebne, aby kilka rożnych mebli pomalować, ale zawsze można w przybliżeniu oszacować ilość farby, którą należy kupić.
Mam nadzieję, że tym postem trochę pomogłam w szacowaniach ilości potrzebnej farby tym, którzy będą planowali malowanie mebli farbą Fusion.
Więcej o farbie i wszystkie jej kolory znajdziecie na www.hemma.pl
Jeśli macie jakieś pytania odnośnie malowania czy farb do mebli - proszę zostawcie komentarz.
Pozdrawiam, udanego weekendu,
Ewa
W pokoju najstarszej było już duże malowanie - wtedy była faza "na niebiesko". Teraz mamy "okres zielony" w domowej twórczości, więc skorzystałam z okazji i kolejne wyzwanie postawiłam przed farbą Fusion.
Ile potrzeba farby, aby pomalować meble w pokoju? Kolor Laurentien z farb Fusion został wybrany, mialam w ręku standardowe opakowanie farby Fusion (tj. 500ml), więc można było działać.
![]() |
| zdjęcie producenta https://hemma.pl/pl/p/Laurentien/189 |
Miałam już ten kolor w użyciu, w maju zeszłego roku pomalowałam jedną warstwą tego koloru mój biały stół. Na to malowanie zużyłam niewiele farby Fusion ze opakowania zawierajacego pół litra farby. Reszta farby czekała na nowy pomysł i teraz przyszedł na nią czas.
![]() |
| Mój Instagram |
Teraz dzieci dostały w dłoń wałek malarski z mikrofibry i pomalowały niebieskie kolory komody i szafki nocnej na zielono a ja malowałam szafę. Po jednej warstwie farby było już pełne krycie, niebieski kolor znikł, ale producent zaleca kłaść dwie warstwy farby dla większej trwałości a że meble dziecięce trwałości potrzebują, to położyliśmy cienko drugą warstwę farby na wszystkie meble. Farby starczyło, nawet kilka naparstków zostało w opakowaniu.
![]() |
| Duże opakowanie farby Fusion - teraz etykieta jest inna, to opakowanie to design sprzed ponad roku :) |
Farbą Fusion maluje się sprawnie i wygodnie, to była szybka metamorfoza mebli, jedno popołudnie i praca skończona. Malowaliśmy tylko fronty mebli, bez woskowania czy lakierowania, więc farba wyschła i malowanie było skończone. Jednym opakowaniem farby pomalowałam stół i meble jak na zdjęciu.
Często jestem pytana np. "czy starczy jedno opakowanie farby na pomalowanie szafy i komody"? Albo "ile jest potrzebne farby, aby pomalować komplet mebli". Zawsze dopytuję się, jakie dokładnie są meble do pomalowania, w sensie jakie duże i z jakiego materiału, oraz jaki jest pomysł na malowanie, jakie są potrzeby. Wydajność farby zależy najbardziej od rodzaju podłoża - jeśli jest chłonne i ciemne, to farby "schodzi" najwięcej. Wydajność farby do mebli zależy także od wybranej techniki malowania i od koloru, jakim malujemy.
Nie da się policzyć dokładnie, ze 100% dokładnością, ile farby jest potrzebne, aby kilka rożnych mebli pomalować, ale zawsze można w przybliżeniu oszacować ilość farby, którą należy kupić.
Mam nadzieję, że tym postem trochę pomogłam w szacowaniach ilości potrzebnej farby tym, którzy będą planowali malowanie mebli farbą Fusion.
Więcej o farbie i wszystkie jej kolory znajdziecie na www.hemma.pl
Jeśli macie jakieś pytania odnośnie malowania czy farb do mebli - proszę zostawcie komentarz.
Pozdrawiam, udanego weekendu,
Ewa
czwartek, 9 marca 2017
Wiosna, czyli chcę wszystko
To już zaraz, za moment.
Wiosna, czyli zmiany, remonty, powitania i powroty.
Włosów ścinanie, równanie, farbowanie.
Będzie odchudzanie, planowanie, sprzątanie, układanie i segregowane.
A także rześkie powietrze o poranku i nagła drzemka na kanapie.
I jeszcze: cały dzień na dworzu, słońce grzeje, przesilenie, zakatarzenie, z czapką czy bez, gdzie moja kurtka, buty na wiosnę, szybki bieg bo pada, krople deszczu na okularach, patrz jak zielono, ale błoto, Święta tuż tuż, sadzenie i pielenie.
Wszystko, wszystko, na nowo, znów, bo wiosna, bo można, bo zaczynamy.
I rano jest jaśniej, wieczorem raźniej, zima się skończyła.
Nowe rozdanie.
Ja mam przed oczami te wszystkie zmiany, które bym chciała w domu zrobić. I wiem doskonale, że części nie zdążę, nie dam rady lub jednak zły pomysł. Ale wiem na pewno - będę malować, oj będę.
I szyć będę. Szydełkować. Blog pisać, sklep konfigurować. Czytać i seriale oglądać. Bawić się, biegać, dzieci podziwiać i mocno je przytulać.
Na ile mi czasu i kawy wystarczy, będę wstawać rano i kłaść się za późno.
Spacery, oddechy, zachwyty, bo kwitnie. To wszystko przede mną. Wiosna idzie, czuję w kościach.
Idzie nowe.
Będziesz tu ze mną?
Miło by było :)
Pozdrawiam,
Ewa
Wiosna, czyli zmiany, remonty, powitania i powroty.
Włosów ścinanie, równanie, farbowanie.
Będzie odchudzanie, planowanie, sprzątanie, układanie i segregowane.
A także rześkie powietrze o poranku i nagła drzemka na kanapie.
I jeszcze: cały dzień na dworzu, słońce grzeje, przesilenie, zakatarzenie, z czapką czy bez, gdzie moja kurtka, buty na wiosnę, szybki bieg bo pada, krople deszczu na okularach, patrz jak zielono, ale błoto, Święta tuż tuż, sadzenie i pielenie.
Wszystko, wszystko, na nowo, znów, bo wiosna, bo można, bo zaczynamy.
I rano jest jaśniej, wieczorem raźniej, zima się skończyła.
Nowe rozdanie.
Ja mam przed oczami te wszystkie zmiany, które bym chciała w domu zrobić. I wiem doskonale, że części nie zdążę, nie dam rady lub jednak zły pomysł. Ale wiem na pewno - będę malować, oj będę.
I szyć będę. Szydełkować. Blog pisać, sklep konfigurować. Czytać i seriale oglądać. Bawić się, biegać, dzieci podziwiać i mocno je przytulać.
Na ile mi czasu i kawy wystarczy, będę wstawać rano i kłaść się za późno.
Spacery, oddechy, zachwyty, bo kwitnie. To wszystko przede mną. Wiosna idzie, czuję w kościach.
Idzie nowe.
Będziesz tu ze mną?
Miło by było :)
Ewa
piątek, 3 marca 2017
Malowanie mebli IKEA - Wyzwanie dla Fusion #1 / Painting furniture #ChallengeforFusion
Czy można malować meble IKEA? W niemal chyba każdym polskim domu jest mebel lub przedmiot kupiony w tym sklepie. Czasem myśl przejdzie, żeby pomalować meble z IKEA, ale czy to możliwe? Większość mebli z IKEA ma wykończone powierzchnie, które ciężko jest malować. Malowanie śliskich, lakierowanych powierzchni jest do zrealizowania, pokażę to niedługo a dziś o moim porannym malowaniu popularnego stołeczka Bekvam z IKEA. To dla mnie dobra okoliczność, by pokazać odpowiedź na pytanie, które często słyszę: ile farby jest potrzebne, aby pomalować mały mebel?
W wersji oryginalnej stołeczek (taboret) z IKEA wygląda tak:
| via http://www.ikea.com/pl/pl/catalog/products/30178879/ |
Stołeczek stał wiosną zeszłego roku na ogrodzie, był mi bardzo pomocny - można usiąść, coś odłożyć. Na początku ciąży trochę w ogrodzie działałam, m.in sadziłam pomidory (może w tym roku też się uda?*).
Latem miałam resztkę farby mlecznej wymieszaną na okoliczność innego malowania, więc żeby nie wylewać farby, tak na szybko pomalowałam stołeczek szaroniebieskim kolorem Shutter Gray Miss Mustard Seed's Milk Paint. Stołeczek stał ciepłą jesień na dworze, trochę deszczu przyjął a zimą był w składziku. Jakiś czas temu do domu go przyniosłam, ponieważ pomocnik taki w kuchni się przydaje. Dziś na niego spojrzałam i stwierdziłam, że zrobię test. Dokładnie pokażę, ile farby do mebli Fusion potrzebne jest, aby ten stołeczek w całości pomalować. Fusion to bardzo wydajna farba, chciałam Wam to pokazać na przykładzie małego, znanego stołeczka.
![]() | |||
|
Przetarłam stołeczek szybko mokrą szmatką, aby go oczyścić i pomalowałam jedną warstwą jasnej farby Fusion w kolorze Bedford. Nie dość, że tester starczył na cały stołek, to jeszcze wyraźnie widać, że faktycznie jedna warstwa farby Fusion wystarcza, aby całkowicie pokryć kolor, którym był pierwotnie mebelek pomalowany.
W opakowaniu testera farby Fusion Mineral Paint jest 37ml farby. To tyle, co małe opakowanie kremu do twarzy. W standardowym opakowaniu farby jest 500ml, czyli o wiele wiele więcej :) Łatwo sobie więc wyobrazić, ile mebli można pomalować dużym opakowaniem farby Fusion w kolorze Bedford!.
Np.
Takich stołeczków z IKEA można pomalować 14 sztuk, jeśli ma się standardowe opakowanie farby Fusion ;)
I wiadomo, o ile ma się 14 takich stołeczków :D
Nie ma śladu po szaroniebieskim kolorze, stołeczek z IKEA jest w kolorze Bedford, który bardzo mi się podoba. To jest ciepły naturalny beż, delikatnie przełamany zielonym kolorem. W testerze resztka farby została.
I żeby nie było - spod stołka też pomalowałam :)
Jestem zachwycona :)
To pierwsze "Wyzwanie dla Fusion" - planuję cykl wpisów pod takim tytułem. Fusion się sprawdził - jasny kolor farby a wystarczyła jedna warstwa, żeby przykryć poprzedni kolor mebla. Na pomalowanie drewnianego stołka wystarcza w zupełności 1/14 standardowego opakowania farby Fusion (500ml). W przypadku Fusion nie boję się matematyki ;)
Oczywiście, farba Fusion jest bardzo wydajna, ponieważ jest mocno pigmentowana i lekko się rozprowadza, ale wiele zależy od tego, jakie podłoże malujemy. Wiekszość kolorów farby do mebli Fusion ma pełne krycie już po jednej warstwie, tym niemniej - białe kolory Fusion, odcienie złamanej bieli i inne bardzo jasne kolory mogą potrzebować np. dwóch warstw farby jeśli malujemy ciemny mebel.
Inną sprawą jest, że na śliskich powierzchniach meblowych lepiej kłaść dwie warstwy farby (każdego koloru), bo wtedy wytrzymałość farby Fusion jest po prostu najlepsza.
Całe malowanie zajęło mi 15 minut, nie więcej, ponieważ farby Fusion nie trzeba woskować, ani lakierować.
Farby Fusion mam w swoim sklepie od 1 marca - cieszę się, bo wiem, że to dobry produkt i mogę go z czystym sumieniem Wam polecać.
Jeśli jesteście ciekawi, co to dokładnie jest farba Fusion Mineral Paint i jak nią malować, polecam przeczytać garść informacji [kliknij]. Miłej lektury i miłego weekendu!
Pozdrawiam
Ewa
* Dziękuję Aniu raz jeszcze za ubiegłoroczne sadzonki! Może w tym roku też mi kilka podarujesz... :) Trzymam kciuki za rozsady!
piątek, 24 lutego 2017
Dom przyjazny - Domowa czasoprzestrzeń / Home not alone #8
Głowę urywa. Dosłownie. Wiatr szarpie, huczy i przewraca a deszcz jeszcze dokłada swoje. Człowiek przemoknięty i wywiany potrzebuje ukojenia. Jestem szczęściara, bo mam ciepły, bezpieczny dom. Mam moje miejsce, schronienie, gdzie mogę się wysuszyć, ocieplić i nabrać sił przed kolejną walką, znaczy - wyjściem z domu.
I dosłownie, i w przenośni. Mój dom, moi bliscy, dają mi komfort psychiczny i fizyczny. Dbamy o siebie nawzajem.
Ważne jest to, co do tego domu wnosimy. Jakie emocje, cechy charakteru, nabyte w domu rodzinnym, nawyki bierzemy ze sobą, kiedy zaczynamy tworzyć nowy, wspólny z kimś dom. Ważne jest też to, czym się otaczamy w sensie materialnym, jakie mamy w domu przedmioty wokół siebie. Powinny być takie pod nas, dla nas, żebyśmy czuli się miło, komfortowo we własnym domu.
Nie zawsze są pieniądze, aby wyposażyć dom, jakby się chciało, czasem długo ich nie ma w nadmiarze, ot tyle, ile na co dzień jest potrzebne a trzeba na czymś spać, siedzieć, z czegoś ładnego chcemy wyjąć ten właśnie ulubiony kubek, by z niego napić się tego, co nas koi i ogrzewa. Ale naprawdę nie zawsze trzeba wielkich pieniędzy, aby swój dom pod siebie przemienić. Oczywiście, jeśli ktoś marzy o ekskluzywnych, drogich markach i bez nich jest mu źle, to nie pocieszę go tym postem, choć mogę napisać, że kto wie, kto wie, może kiedyś mu się one przydarzą, nie ma co marzeń porzucać.
O, za oknem śnieg wiruje. Wiruje...! Złe słowo. Wiatr grube płaty śniegu ciska z lewa na prawo. Dobra, łyk kawy i zmierzam do meritum, póki najmłodsze jeszcze drzemie.
Masz w domu to, co masz. Szafy, szafki, ale np. biurka brak. Może właśnie planujesz zakupy, bo niedługo przeprowadzka na swoje a budżet lichy. Naprawdę, z serca i doświadczenia, polecam Tobie - rozejrzyj się po stronach rozmaitych, jest tyle mebli drewnianych i nie tylko, używanych, niezniszczonych, które ktoś chce sprzedać lub oddać, bo już mu z nimi, z jakichś powodów, nie po drodze. Ja uwielbiam szperać po Internecie i meble za niewielkie pieniądze kupować a potem je maluję, zmieniam pod siebie i pod gust moich bliskich, tak aby nam było w domu milej, przytulniej i poręczniej.
Jak brakowało mi komody dla najmłodszych to kupiłam na OLX dwie duże - każda za symboliczne 15zł. Pani u której stały, z racji wieku i potrzeby opieki, wyprowadzała się do syna i nie mogła wszystkich mebli zabrać. Nie chciała ich wyrzucać i syn kilka ogłoszeń w jej imieniu zrobił. I dobrze zrobił. Za dużo w tym naszym "pierwszym świecie" kupowania i wyrzucania, spróbujmy czasem wyłamać się ze schematu. Po potrzebny mebel nie maszeruj do meblowego, tylko poszukaj po znajomych, rodzinie, w Internecie. Można znaleźć używany mebel, którego kształt, rozmiar Ci będzie pasował. Większość mebli nie jest zniszczonych, a nawet jak jest coś np. porysowane czy kolor nie ten co trzeba, to zawsze można pomalować - to moje motto i mój chleb powszedni, to wiecie :) Używany mebel jest dużo tańszy od nowego z marketu, jest więc możliwość, aby kupić dobrą, wydajną i bezpieczną farbę do mebli.
Wracając do moich starych-nowych komód. Stoją, pojemne, sosnowe. Ich kolor jest typowy dla starszej sosny, ot taki żółtawy, lekko pomarańczowy. Niedługo je przemaluję i będą do kolorowego pokoju najmłodszych dzieci bardziej pasować. Pokażę Wam, no pewnie ;)
Nie ukrywam, ja maluję meble w domu tylko farbami do mebli, które sprzedaję w swoim sklepie z farbami www.hemma.pl.
W tym sklepie mam farby takie a nie inne z konkretnych powodów. Ja maluję najczęściej meble w domu, przy dzieciach. Nie chcę, żeby one wdychały podczas, gdy ja maluję cokolwiek szkodliwego. Nie chcę też, aby długo po pomalowaniu z mebla uwalniały się jakieś chemiczne związki i unosiły się w ich pokojach, w których bawią się i śpią.
Tak więc, podsumowując - czyńcie swoje domy Wam przyjaznymi!
Ja idę krążyć po moim domu, bo najmłodsze wstało a że chyba już ząbkuje, to robię to, co każda mama dobrze zna - chodzę z nim, przytulając na rękach, by smutek jego ukoić.
Pozdrawiam,
Ewa
I dosłownie, i w przenośni. Mój dom, moi bliscy, dają mi komfort psychiczny i fizyczny. Dbamy o siebie nawzajem.
Ważne jest to, co do tego domu wnosimy. Jakie emocje, cechy charakteru, nabyte w domu rodzinnym, nawyki bierzemy ze sobą, kiedy zaczynamy tworzyć nowy, wspólny z kimś dom. Ważne jest też to, czym się otaczamy w sensie materialnym, jakie mamy w domu przedmioty wokół siebie. Powinny być takie pod nas, dla nas, żebyśmy czuli się miło, komfortowo we własnym domu.
Nie zawsze są pieniądze, aby wyposażyć dom, jakby się chciało, czasem długo ich nie ma w nadmiarze, ot tyle, ile na co dzień jest potrzebne a trzeba na czymś spać, siedzieć, z czegoś ładnego chcemy wyjąć ten właśnie ulubiony kubek, by z niego napić się tego, co nas koi i ogrzewa. Ale naprawdę nie zawsze trzeba wielkich pieniędzy, aby swój dom pod siebie przemienić. Oczywiście, jeśli ktoś marzy o ekskluzywnych, drogich markach i bez nich jest mu źle, to nie pocieszę go tym postem, choć mogę napisać, że kto wie, kto wie, może kiedyś mu się one przydarzą, nie ma co marzeń porzucać.
O, za oknem śnieg wiruje. Wiruje...! Złe słowo. Wiatr grube płaty śniegu ciska z lewa na prawo. Dobra, łyk kawy i zmierzam do meritum, póki najmłodsze jeszcze drzemie.
Masz w domu to, co masz. Szafy, szafki, ale np. biurka brak. Może właśnie planujesz zakupy, bo niedługo przeprowadzka na swoje a budżet lichy. Naprawdę, z serca i doświadczenia, polecam Tobie - rozejrzyj się po stronach rozmaitych, jest tyle mebli drewnianych i nie tylko, używanych, niezniszczonych, które ktoś chce sprzedać lub oddać, bo już mu z nimi, z jakichś powodów, nie po drodze. Ja uwielbiam szperać po Internecie i meble za niewielkie pieniądze kupować a potem je maluję, zmieniam pod siebie i pod gust moich bliskich, tak aby nam było w domu milej, przytulniej i poręczniej.
Jak brakowało mi komody dla najmłodszych to kupiłam na OLX dwie duże - każda za symboliczne 15zł. Pani u której stały, z racji wieku i potrzeby opieki, wyprowadzała się do syna i nie mogła wszystkich mebli zabrać. Nie chciała ich wyrzucać i syn kilka ogłoszeń w jej imieniu zrobił. I dobrze zrobił. Za dużo w tym naszym "pierwszym świecie" kupowania i wyrzucania, spróbujmy czasem wyłamać się ze schematu. Po potrzebny mebel nie maszeruj do meblowego, tylko poszukaj po znajomych, rodzinie, w Internecie. Można znaleźć używany mebel, którego kształt, rozmiar Ci będzie pasował. Większość mebli nie jest zniszczonych, a nawet jak jest coś np. porysowane czy kolor nie ten co trzeba, to zawsze można pomalować - to moje motto i mój chleb powszedni, to wiecie :) Używany mebel jest dużo tańszy od nowego z marketu, jest więc możliwość, aby kupić dobrą, wydajną i bezpieczną farbę do mebli.
Wracając do moich starych-nowych komód. Stoją, pojemne, sosnowe. Ich kolor jest typowy dla starszej sosny, ot taki żółtawy, lekko pomarańczowy. Niedługo je przemaluję i będą do kolorowego pokoju najmłodszych dzieci bardziej pasować. Pokażę Wam, no pewnie ;)
Nie ukrywam, ja maluję meble w domu tylko farbami do mebli, które sprzedaję w swoim sklepie z farbami www.hemma.pl.
W tym sklepie mam farby takie a nie inne z konkretnych powodów. Ja maluję najczęściej meble w domu, przy dzieciach. Nie chcę, żeby one wdychały podczas, gdy ja maluję cokolwiek szkodliwego. Nie chcę też, aby długo po pomalowaniu z mebla uwalniały się jakieś chemiczne związki i unosiły się w ich pokojach, w których bawią się i śpią.
![]() |
| farba Fusion dla dzieci sklep |
Ja idę krążyć po moim domu, bo najmłodsze wstało a że chyba już ząbkuje, to robię to, co każda mama dobrze zna - chodzę z nim, przytulając na rękach, by smutek jego ukoić.
Pozdrawiam,
Ewa
wtorek, 7 lutego 2017
Domowa czasoprzestrzeń - nie czekaj / Home not alone - do not wait #7
Mówią, że życie zaczyna się po czterdziestce. No, tego jeszcze nie wiem, ale wiem, że ja do życia obudziłam się po trzydziestce. Miałam lat trzydzieści i trochę, zrobiłam rewolucję w swoim życiu - prywatnie i zawodowo skręciłam na inne tory. Teraz jadę, może nie zawsze gładko, ale miło i w kochanym towarzystwie.
Mam wrażenie, że pół życia w pewnym sensie przegapiłam, ponieważ z powodu jakiejś tam niewiary w siebie i swoje możliwości, wielu rzeczy nie robiłam, nawet nie próbowałam robić. Teraz chce mi się wszystko robić, wszystkiego spróbować i myśl o możliwym marnym efekcie nie paraliżuje. Chcę szyć, szydełkować, malować, wycinać, przyklejać, wyszywać, uczyć się ceramiki itd itd, ale nie mam tyle czasu na takie zajęcia ile bym chciała, ale i tak działam, ile mogę, bo mam z tego moc radości.
Parę razy słyszałam pytanie - kiedy ty to robisz, masz czas na takie rzeczy? Ano mam, mam dokładnie tyle czasu co Ty, co każdy z nas. Duża cześć mojego dnia pochłonięta jest przez domowe sprawy, dzieci i ich potrzeby, jestem więc przyzwyczajona do robienia wszystkiego po trochu i kilka rzeczy w tym samym okresie czasu. Wszystko robię kawałek po kawałku, etapami. Nie frustruje mnie to, że muszę coś przerwać, odłożyć, tak po prostu teraz jest i już. Jak mam określony termin to zaczynam działać wcześniej, ponieważ kończę później, niż bym chciała.
Jestem bardzo dobra w planowaniu i jeszcze lepsza w cierpliwym obserwowaniu jak mój plan obraca się w niwecz. Momentalnie adaptuję się do nowej sytuacji i znów działam, najwyżej z nową wytyczną - byle do przodu.
Potrzebowałam zrobić koszyk w podziękowaniu za sąsiedzką przysługę - z ręką na sercu, gdybym miała taką możliwość, to zrobiłabym go w pół dnia, ale domowy stan rzeczy sprawił, że robiłam go rządek po rządku przez tydzień. Tak wyszło. Grunt, że skończyłam a najważniejsze, że koszyk się spodobał.
Bardzo lubię piec ciasta. Ciasto ma to do siebie, że zazwyczaj trzeba ukręcić, wymieszać i wstawić, bez przerw na karmienie, odbeknięcie i przewinięcie. Wiec piekę nie kiedy chcę a kiedy mogę, spontanicznie i nie porywam się na wielkie wypieki. Taki czas :)
Miałam zrobić kilkanaście tablic i zrobiłam. Kawałek po kawałku. Barwienie drewna, szablony, malowanie, woskowanie - razem ponad tydzień. Czasem miałam pięć minut, czasem pół godziny, czasem i dwie a malutki przy mnie w chuście. Podobają mi się te tablice, zadowolona z nich jestem. I z siebie, że dałam radę na czas.
Warto działać, nie bać się, nie ma co czekać na idealny moment, jak wszystko będzie poukładane, na swoim miejscu, a ty zwarta i gotowa. Generalnie, ze wszystkim w życiu, nie ma na co czekać, bo jest tylko to, co tu i teraz.
Więcej czasu nie mamy.
Pozdrawiam,
Ewa
Mam wrażenie, że pół życia w pewnym sensie przegapiłam, ponieważ z powodu jakiejś tam niewiary w siebie i swoje możliwości, wielu rzeczy nie robiłam, nawet nie próbowałam robić. Teraz chce mi się wszystko robić, wszystkiego spróbować i myśl o możliwym marnym efekcie nie paraliżuje. Chcę szyć, szydełkować, malować, wycinać, przyklejać, wyszywać, uczyć się ceramiki itd itd, ale nie mam tyle czasu na takie zajęcia ile bym chciała, ale i tak działam, ile mogę, bo mam z tego moc radości.
Parę razy słyszałam pytanie - kiedy ty to robisz, masz czas na takie rzeczy? Ano mam, mam dokładnie tyle czasu co Ty, co każdy z nas. Duża cześć mojego dnia pochłonięta jest przez domowe sprawy, dzieci i ich potrzeby, jestem więc przyzwyczajona do robienia wszystkiego po trochu i kilka rzeczy w tym samym okresie czasu. Wszystko robię kawałek po kawałku, etapami. Nie frustruje mnie to, że muszę coś przerwać, odłożyć, tak po prostu teraz jest i już. Jak mam określony termin to zaczynam działać wcześniej, ponieważ kończę później, niż bym chciała.
Jestem bardzo dobra w planowaniu i jeszcze lepsza w cierpliwym obserwowaniu jak mój plan obraca się w niwecz. Momentalnie adaptuję się do nowej sytuacji i znów działam, najwyżej z nową wytyczną - byle do przodu.
Potrzebowałam zrobić koszyk w podziękowaniu za sąsiedzką przysługę - z ręką na sercu, gdybym miała taką możliwość, to zrobiłabym go w pół dnia, ale domowy stan rzeczy sprawił, że robiłam go rządek po rządku przez tydzień. Tak wyszło. Grunt, że skończyłam a najważniejsze, że koszyk się spodobał.
Bardzo lubię piec ciasta. Ciasto ma to do siebie, że zazwyczaj trzeba ukręcić, wymieszać i wstawić, bez przerw na karmienie, odbeknięcie i przewinięcie. Wiec piekę nie kiedy chcę a kiedy mogę, spontanicznie i nie porywam się na wielkie wypieki. Taki czas :)
Miałam zrobić kilkanaście tablic i zrobiłam. Kawałek po kawałku. Barwienie drewna, szablony, malowanie, woskowanie - razem ponad tydzień. Czasem miałam pięć minut, czasem pół godziny, czasem i dwie a malutki przy mnie w chuście. Podobają mi się te tablice, zadowolona z nich jestem. I z siebie, że dałam radę na czas.
Warto działać, nie bać się, nie ma co czekać na idealny moment, jak wszystko będzie poukładane, na swoim miejscu, a ty zwarta i gotowa. Generalnie, ze wszystkim w życiu, nie ma na co czekać, bo jest tylko to, co tu i teraz.
Więcej czasu nie mamy.
Pozdrawiam,
Ewa
piątek, 19 sierpnia 2016
O zwolnieniu / A very slow mode
Co można robić będąc na zwolnieniu lekarskim w sierpniu?
Można:
- przeczytać trzy kryminały z letniej serii Polityki w trzy dni pod rząd, super się tym bawiąc, ale po czule spojrzeć na półkę, gdzie najnowsza książka Mariusza Szczygła już czeka;
- oglądać bezkarnie wszystkie możliwe powtórki z Olimpiady w Rio i żałować, że nikt nie pokazywał pływania synchronicznego;
- płakać na każdej dekoracji medalowej Polaków (i nie tylko);
- patrzeć jak brzuch rośnie i zastanawiać się jak to będzie;
- myśleć o tym, co się dzieje w korpo i martwić się co dalej;
- patrzeć jak trzyletnie dziecko obchodzi urodziny i zastanowić się przez moment, jak to było jak samemu się miało trzy lata i czemu to było 33 lata temu;
- leżeć na łóżku i słuchać jak deszcz bębni w okno;
- czytać najmłodszej na głos Kajtusia, Kicie Kocie po raz kolejny, słuchać jak syn czyta o Lasse i Mai i - najlepsze - robić to na totalnym luzie, bez pośpiechu;
- patrzeć jak zaparza się i stygnie herbata rumiankowa;
- gadać z dziećmi o wszystkim i o niczym, patrzeć jak się bawią, bawić się z nimi, oglądać z nimi bajki i inne takie;
- leżeć i czytać wszystkie zaległe posty na różnych blogach;
- przeglądać Instagram, aż wszystkie zdjęcia zleją się w jedno;
- zapłacić zaległe rachunki;
- poprawiać literówki w swoim sklepie internetowym, zamówić dostawę i ustawiać promocje;
- zaczynać kilka szydełkowych robótek i żadnej nie skończyć;
- leżeć na kanapie i patrzeć w niebo za oknem.
I inne rzeczy można robić, mniej i bardziej spektakularne a równie stacjonarne.
Czego nie można robić na zwolnieniu lekarskim?
A kogo to obchodzi?
Ważne jest to co mamy w danych okolicznościach i co potrafimy z tym zrobić.
Skutecznie unikam myślenia żałościowego, typu "ach, szkoda że nie mogę, że nie będę, że mam jak". Nic mi ono nie daje.
Zresztą, jak widać i tak nie mam już czasu na nic innego :)
Dobrego dnia.
Można:
- przeczytać trzy kryminały z letniej serii Polityki w trzy dni pod rząd, super się tym bawiąc, ale po czule spojrzeć na półkę, gdzie najnowsza książka Mariusza Szczygła już czeka;
- oglądać bezkarnie wszystkie możliwe powtórki z Olimpiady w Rio i żałować, że nikt nie pokazywał pływania synchronicznego;
- płakać na każdej dekoracji medalowej Polaków (i nie tylko);
- patrzeć jak brzuch rośnie i zastanawiać się jak to będzie;
- myśleć o tym, co się dzieje w korpo i martwić się co dalej;
- patrzeć jak trzyletnie dziecko obchodzi urodziny i zastanowić się przez moment, jak to było jak samemu się miało trzy lata i czemu to było 33 lata temu;
- leżeć na łóżku i słuchać jak deszcz bębni w okno;
- czytać najmłodszej na głos Kajtusia, Kicie Kocie po raz kolejny, słuchać jak syn czyta o Lasse i Mai i - najlepsze - robić to na totalnym luzie, bez pośpiechu;
- patrzeć jak zaparza się i stygnie herbata rumiankowa;
- gadać z dziećmi o wszystkim i o niczym, patrzeć jak się bawią, bawić się z nimi, oglądać z nimi bajki i inne takie;
- leżeć i czytać wszystkie zaległe posty na różnych blogach;
- przeglądać Instagram, aż wszystkie zdjęcia zleją się w jedno;
- zapłacić zaległe rachunki;
- poprawiać literówki w swoim sklepie internetowym, zamówić dostawę i ustawiać promocje;
- zaczynać kilka szydełkowych robótek i żadnej nie skończyć;
- leżeć na kanapie i patrzeć w niebo za oknem.
I inne rzeczy można robić, mniej i bardziej spektakularne a równie stacjonarne.
Czego nie można robić na zwolnieniu lekarskim?
A kogo to obchodzi?
Ważne jest to co mamy w danych okolicznościach i co potrafimy z tym zrobić.
Skutecznie unikam myślenia żałościowego, typu "ach, szkoda że nie mogę, że nie będę, że mam jak". Nic mi ono nie daje.
Zresztą, jak widać i tak nie mam już czasu na nic innego :)
Dobrego dnia.
piątek, 29 lipca 2016
Post o gorączce dnia letniego / About hot summer vibes
Końcówka mojego urlopu, zrobiło się gorąco i słonecznie. Ja średnio znoszę upały a w obecnej sytuacji nie znoszę ich w ogóle :)
"Nadmiar światła umniejsza istnienie"- ciężko mi się ze zdaniem Czesława Miłosza z "Doliny Issy" nie zgodzić. Mnie jest coraz mniej na dworze jak jest tak ciepło, rośliny w ogrodzie kulą się w sobie, nawet dzieci rezygnują z biegania na dworze, bo za ciepło. W domu też nie jestem nadaktywna, raczej mocno leżąca, kulam się z dziećmi i z nimi mija mi dzień. Zrywy mojej aktywności kończą się dylematem - mam lepiej coś pomalować czy poszydełkować? Bo na jedno i drugie mam zazwyczaj ochotę jak mam chwilę dla siebie :)
Jak ktoś jest w lepszej kondycji, to zachęcam do malowania - do końca lipca głęboka czerwień koloru Tricycle oraz zdecydowany granat Artissimo z farb mlecznych Miss Mustard Seed's Milk Paint są w miłej promocji:
Czerwony kolor Tricycle jest też pokazany w parze z ciemnym woskiem na najnowszym filmiku Marian, twórczyni farb mlecznych Miss Mustard Seed's Milk Paint:
Polecam obejrzenie i polecam serdecznie wosk, wyjątkowy, bo pięknie patynuje, nadaje "antyczny", ale autentyczny wygląd a wszystko bez chemii i sztucznych dodatków (woski do mebli MMSMP są bez terpentyny!).
"Nadmiar światła umniejsza istnienie"- ciężko mi się ze zdaniem Czesława Miłosza z "Doliny Issy" nie zgodzić. Mnie jest coraz mniej na dworze jak jest tak ciepło, rośliny w ogrodzie kulą się w sobie, nawet dzieci rezygnują z biegania na dworze, bo za ciepło. W domu też nie jestem nadaktywna, raczej mocno leżąca, kulam się z dziećmi i z nimi mija mi dzień. Zrywy mojej aktywności kończą się dylematem - mam lepiej coś pomalować czy poszydełkować? Bo na jedno i drugie mam zazwyczaj ochotę jak mam chwilę dla siebie :)
Jak ktoś jest w lepszej kondycji, to zachęcam do malowania - do końca lipca głęboka czerwień koloru Tricycle oraz zdecydowany granat Artissimo z farb mlecznych Miss Mustard Seed's Milk Paint są w miłej promocji:
Czerwony kolor Tricycle jest też pokazany w parze z ciemnym woskiem na najnowszym filmiku Marian, twórczyni farb mlecznych Miss Mustard Seed's Milk Paint:
Polecam obejrzenie i polecam serdecznie wosk, wyjątkowy, bo pięknie patynuje, nadaje "antyczny", ale autentyczny wygląd a wszystko bez chemii i sztucznych dodatków (woski do mebli MMSMP są bez terpentyny!).
środa, 27 lipca 2016
Post o przerwie i o zmianach / About changes
Widać po dacie poprzedniego postu, że ciężko mi przychodzi samej z siebie "zwolnienie" i znalezienie czasu na np. blogowanie. Ostatnio ze względu na zdrowotne sprawy nie miałam wyboru i zaczęłam wchodzić na tryb "slow". Powolutku przygotowuję się mentalnie i fizycznie na zmiany, które nastąpią. W tej chwili dodatkowo mam urlop, więc postanowiłam zadbać o kilka zaniedbanych sfer życia.
Zaległe badania, odkładane sprawy - kilka z listy odhaczyłam w tym urlopie, ale robiłam to bez histerycznego pośpiechu, tylko powolutku, jedna rzecz na raz. Nie mam siły, ani możliwości biegać, jeździć, załatwiać spraw w starym stylu, czyli kilka jednocześnie.
Między innymi zmieniłam nazwę mojej małej firmy - teraz już nie Kredowe Meblove a Hemma. Coraz mniej jest w mojej pracowni farb kredowych, chociaż je uwielbiam i doceniam bardzo, to w tej chwili bliżej mi do farb mlecznych, lubię z nimi pracować i eksperymentować. Z racji samopoczucia też nie zajmuję się dużymi meblami, ostatnio malowałam głównie małe drewniane przedmioty i dekoracyjne tablice drewniane a te najwygodniej mi robić farbami mlecznymi, bo efekty są wg mnie najlepsze.
Hemma to słowo z języka szwedzkiego, dla tego języka mam nieustający i trwający wiele lat sentyment, dawniej się go uczyłam i muszę koniecznie kiedyś wrócić do nauki. Hemma to znaczy w domu i tak właśnie u mnie głównie jest. Moje życie, mój świat koncentruje się wokół domowych spraw i tak jest mi dobrze. Praca w korporacji, praca w swojej firmie - wszystko lubię, pracę cenię bardzo, ale nie ukrywam, że uwielbiam po pracy wrócić do domu i w nim być, nie przebywać czy tylko odpoczywać.
Hemma to też nazwa mojego sklepu on-line (www.hemma.pl), więc spójnie się zaczyna robić w sferze internetowej. Prawda jest taka, że nie zawsze pierwotna koncepcja jaką mamy na swoją nowozakładaną firmę, działalność gospodarczą wytrzymuje próbę czasu. My się zmieniamy, okoliczności, rynek wokół ewoluuje i nie ma co trzymać się kurczowo każdego początkowego pomysłu. W tym temacie czytałam ostatnio ciekawy artykuł w Wysokich Obcasach, zostawiam Was z linkiem do niego poniżej a ja wracam do gry w chińczyka z dziećmi :)
http://www.wysokieobcasy.pl/wysokie-obcasy/1,80530,20426740,cala-polska-uczy-sie-na-bledach-kawka-na-kredyt.html?disableRedirects=true
Zaległe badania, odkładane sprawy - kilka z listy odhaczyłam w tym urlopie, ale robiłam to bez histerycznego pośpiechu, tylko powolutku, jedna rzecz na raz. Nie mam siły, ani możliwości biegać, jeździć, załatwiać spraw w starym stylu, czyli kilka jednocześnie.
Między innymi zmieniłam nazwę mojej małej firmy - teraz już nie Kredowe Meblove a Hemma. Coraz mniej jest w mojej pracowni farb kredowych, chociaż je uwielbiam i doceniam bardzo, to w tej chwili bliżej mi do farb mlecznych, lubię z nimi pracować i eksperymentować. Z racji samopoczucia też nie zajmuję się dużymi meblami, ostatnio malowałam głównie małe drewniane przedmioty i dekoracyjne tablice drewniane a te najwygodniej mi robić farbami mlecznymi, bo efekty są wg mnie najlepsze.
Hemma to słowo z języka szwedzkiego, dla tego języka mam nieustający i trwający wiele lat sentyment, dawniej się go uczyłam i muszę koniecznie kiedyś wrócić do nauki. Hemma to znaczy w domu i tak właśnie u mnie głównie jest. Moje życie, mój świat koncentruje się wokół domowych spraw i tak jest mi dobrze. Praca w korporacji, praca w swojej firmie - wszystko lubię, pracę cenię bardzo, ale nie ukrywam, że uwielbiam po pracy wrócić do domu i w nim być, nie przebywać czy tylko odpoczywać.
Hemma to też nazwa mojego sklepu on-line (www.hemma.pl), więc spójnie się zaczyna robić w sferze internetowej. Prawda jest taka, że nie zawsze pierwotna koncepcja jaką mamy na swoją nowozakładaną firmę, działalność gospodarczą wytrzymuje próbę czasu. My się zmieniamy, okoliczności, rynek wokół ewoluuje i nie ma co trzymać się kurczowo każdego początkowego pomysłu. W tym temacie czytałam ostatnio ciekawy artykuł w Wysokich Obcasach, zostawiam Was z linkiem do niego poniżej a ja wracam do gry w chińczyka z dziećmi :)
http://www.wysokieobcasy.pl/wysokie-obcasy/1,80530,20426740,cala-polska-uczy-sie-na-bledach-kawka-na-kredyt.html?disableRedirects=true
poniedziałek, 14 marca 2016
Domowa czasoprzestrzeń / Home not alone #5
Lubię leniwe weekendy. Czasem takie miewam :)
W sobotę urodziny kolegi synka, drobne zakupy, układanie sklepu internetowego, pranie, drugie pranie, kilka partyjek gry w Uno i dzień mija. Wzięło mnie na wspólne z dziećmi kreatywne klejenie w stylu decoupage - styropianowe jajka, klej do decoupage, serwetki (m.in. ze świnki Peppa). Efekty poniżej. Dalekie od ideału, ale według mnie urocze. Dzieci robiły, ja asystowałam :)
W niedziele wieczorem usiadłam do szydełka i zaczęłam szydełkowego pufa.
Mile wspominam weekend. Poniedziałek w korpobiurze dał mi w kość.
Odpoczywam. Szydełkuje. Myślę o tym co dalej.
Spokojnego jutra dla wszystkich.
czwartek, 10 marca 2016
Upcycling | Dom i okolice / Home not alone #4
Mój sposób na umeblowanie domu i dokonanie w nim zmian, w dużym zakresie oparł się i opiera nadal na upcyclingu.
Upcycling. Brzmi trochę znajomo, ale o co dokładnie chodzi? Nowy modny termin dla ekomaniaków? Ależ skąd. To recykling jest zjawiskiem stosunkowo nowym, próbą okiełznania pozostałości po rozpuście produkcyjnej, której ciężko się wyrzec krajom wysoko rozwiniętym. Natomiast upcycling to zjawisko stare jak świat. Jeśli o mnie chodzi, to ikoną domowego upcyklingu była moja babcia, której bon-motem było zdanie "nie wyrzucaj, to się może jeszcze przydać" i która wychowana w powojennych czasach, dziś zapewne byłaby szczerze zdumiona, że dawniejsza konieczność (i zarazem umiejętność) radzenia sobie, czyli np. suknia ślubna z jedwabiu z czaszy spadochrochronowej, dziś zyskała egzotyczne miano upcyclingu.
Recycling zakłada „pójście” w dół produktu gotowego, pełnowartościowego, ale już wykorzystanego czy zużytego, czyli np. przerobienie plastikowej butelki na granulat, zebranie szklanych słoików czy butelek po napojach, aby zrobić stłuczkę szklaną. Upcycling sprawia, że dany przedmiot „idzie w górę”, zyskuje na wartości poprzez przerobienie go i nowe, odmienne od poprzedniego, wykorzystanie.
Według mnie, upcycling dziś, to gospodarność dawniej. Przez wieki materiał był cenny, bo jego pozyskanie było kosztowne - wymagało m.in. czasu, wysiłku, pieniędzy. Od czasów prehistorycznych - skoro tak ciężko było coś upolować, złapać, złowić, to pozostałość po posiłku doceniano i gospodarnie wykorzystywano - skóry, kości, zęby stawały się ubraniem, narzędziem, ozdobą. Przesadzam? Jestem gotowa na polemikę, ale myślę, że upcycling definiowany jako "sztuka przetwarzania niepotrzebnych i nieużywanych przedmiotów poprzez przekształcanie ich w coś wartościowego i funkcjonalnego" jest jednym z kół zamachowych cywilizacji, dowodem na kreatywność człowieka od zarania dziejów.
Dziś w epoce natłoku rzeczy i kurczeniu się zapasów zasobów naturalnych, zadaniem upcyclingu jest uchronienie przed zmarnowaniem, zniszczeniem potencjalnie użytecznych rzeczy poprzez przetworzenie ich w coś potrzebnego i funkcjonalnego. Przedmiot, dzięki upcyclingowi, ma zyskać na wartości i cieszyć się drugim życiem, zamiast wylądować na śmietniku.
Dla jednych ludzi upcycling to element ekologicznego stylu życia, dla innych sposób na dobrą zabawę i wykazanie się kreatywnością. Dla jeszcze innych jest to przejaw zdrowego rozsądku i chęć zachowania proporcji w świecie pełnym nieustannie w nas podsycanych i wzbudzanych pragnień konsumpcyjnych - wyraz sprzeciwu wobec bezrefleksyjnego wyrzucania czegoś, co jest zużyte, zepsute czy tylko niemodne. Z drugiej strony ciężko zapomnieć, że dla wielu jeszcze ludzi jest to sposób na radzenie sobie w sytuacji, gdy nie ma środków materialnych na kupno nowych rzeczy lub są one bardzo trudno dostępnym dobrem.
Mam to szczęście i doceniam fakt, że dla mnie upcycling to najczęściej wybór, nie konieczność. Doceniam kreatywności innych ludzi i lubię oglądać upcyclingowe realizacje na różnych blogach poświęconych DIY (zrób to sam) czy na Pinterest (w nawiązaniu – tutaj link to moich tablic).
Ja zostałam „upcyclingowcem” trochę z przypadku, trochę z zamiłowania do tzw. staroci a poniekąd zostało mi to zaszczepione przez rodziców. Uwielbiam przerabiać stare lub nowe, lecz zniszczone meble, kilka naprawdę mocno sfatygowanych egzemplarzy dostałam za symboliczną złotówkę. Najbardziej lubię w starych drewnianych meblach właśnie to, że są z drewna (bo lubię ten surowiec) oraz to, że ktoś poświęcił danemu przedmiotowi swój czas i energię, dał indywidualny rys - bardzo to doceniam i chcę chronić przed zgubą.
Upcycling. Brzmi trochę znajomo, ale o co dokładnie chodzi? Nowy modny termin dla ekomaniaków? Ależ skąd. To recykling jest zjawiskiem stosunkowo nowym, próbą okiełznania pozostałości po rozpuście produkcyjnej, której ciężko się wyrzec krajom wysoko rozwiniętym. Natomiast upcycling to zjawisko stare jak świat. Jeśli o mnie chodzi, to ikoną domowego upcyklingu była moja babcia, której bon-motem było zdanie "nie wyrzucaj, to się może jeszcze przydać" i która wychowana w powojennych czasach, dziś zapewne byłaby szczerze zdumiona, że dawniejsza konieczność (i zarazem umiejętność) radzenia sobie, czyli np. suknia ślubna z jedwabiu z czaszy spadochrochronowej, dziś zyskała egzotyczne miano upcyclingu.
Recycling zakłada „pójście” w dół produktu gotowego, pełnowartościowego, ale już wykorzystanego czy zużytego, czyli np. przerobienie plastikowej butelki na granulat, zebranie szklanych słoików czy butelek po napojach, aby zrobić stłuczkę szklaną. Upcycling sprawia, że dany przedmiot „idzie w górę”, zyskuje na wartości poprzez przerobienie go i nowe, odmienne od poprzedniego, wykorzystanie.
Według mnie, upcycling dziś, to gospodarność dawniej. Przez wieki materiał był cenny, bo jego pozyskanie było kosztowne - wymagało m.in. czasu, wysiłku, pieniędzy. Od czasów prehistorycznych - skoro tak ciężko było coś upolować, złapać, złowić, to pozostałość po posiłku doceniano i gospodarnie wykorzystywano - skóry, kości, zęby stawały się ubraniem, narzędziem, ozdobą. Przesadzam? Jestem gotowa na polemikę, ale myślę, że upcycling definiowany jako "sztuka przetwarzania niepotrzebnych i nieużywanych przedmiotów poprzez przekształcanie ich w coś wartościowego i funkcjonalnego" jest jednym z kół zamachowych cywilizacji, dowodem na kreatywność człowieka od zarania dziejów.
Dziś w epoce natłoku rzeczy i kurczeniu się zapasów zasobów naturalnych, zadaniem upcyclingu jest uchronienie przed zmarnowaniem, zniszczeniem potencjalnie użytecznych rzeczy poprzez przetworzenie ich w coś potrzebnego i funkcjonalnego. Przedmiot, dzięki upcyclingowi, ma zyskać na wartości i cieszyć się drugim życiem, zamiast wylądować na śmietniku.
Dla jednych ludzi upcycling to element ekologicznego stylu życia, dla innych sposób na dobrą zabawę i wykazanie się kreatywnością. Dla jeszcze innych jest to przejaw zdrowego rozsądku i chęć zachowania proporcji w świecie pełnym nieustannie w nas podsycanych i wzbudzanych pragnień konsumpcyjnych - wyraz sprzeciwu wobec bezrefleksyjnego wyrzucania czegoś, co jest zużyte, zepsute czy tylko niemodne. Z drugiej strony ciężko zapomnieć, że dla wielu jeszcze ludzi jest to sposób na radzenie sobie w sytuacji, gdy nie ma środków materialnych na kupno nowych rzeczy lub są one bardzo trudno dostępnym dobrem.
Mam to szczęście i doceniam fakt, że dla mnie upcycling to najczęściej wybór, nie konieczność. Doceniam kreatywności innych ludzi i lubię oglądać upcyclingowe realizacje na różnych blogach poświęconych DIY (zrób to sam) czy na Pinterest (w nawiązaniu – tutaj link to moich tablic).
Ja zostałam „upcyclingowcem” trochę z przypadku, trochę z zamiłowania do tzw. staroci a poniekąd zostało mi to zaszczepione przez rodziców. Uwielbiam przerabiać stare lub nowe, lecz zniszczone meble, kilka naprawdę mocno sfatygowanych egzemplarzy dostałam za symboliczną złotówkę. Najbardziej lubię w starych drewnianych meblach właśnie to, że są z drewna (bo lubię ten surowiec) oraz to, że ktoś poświęcił danemu przedmiotowi swój czas i energię, dał indywidualny rys - bardzo to doceniam i chcę chronić przed zgubą.
![]() |
| http://www.autenticofanatico.com/2015/01/22-keep-calm-and-change-it-with.html |
![]() |
| Kredowe Meblove - Autentico - farba kredowa - Passion Red |
![]() |
| Kredowe Meblove - Autentico - farba kredowa - Passion Red |
![]() |
| https://www.instagram.com/kredowemeblove/ |
![]() |
| https://www.instagram.com/kredowemeblove/ |
wtorek, 9 lutego 2016
Slow home... Slow food? Slow life? | Domowa czasoprzestrzeń / Home not alone #3
Slow home... Slow food? Slow life?
Skojarzenia nieprzypadkowe, nawiązanie celowe.
Skojarzenia nieprzypadkowe, nawiązanie celowe.
Uproszczając i w skrócie, slow food powstało jako kontrpropozycja wobec fast food. Slow life to idea życia w opozycji m.in. do świata, w którym wszystko podporządkowane jest wynikom, tabelkom, rankingom itd. Slow home według mnie to pomysł na to, aby zwolnić w sferze domowej, żeby docenić ją taką jaka jest, ale i starać się ją wzbogacać. A Slow Home Project bo jestem w trakcie, to mój projekt, zadanie do realizowania.
To nie może być tak, że nagle, zaplątani w domowe obowiązki, łapiemy się na myśli, że to co ważne i wartościowe czeka na nas tylko poza domem, że realizowanie się jest możliwe wyłącznie poza nim - w pracy, wśród znajomych, podczas podróży. Mój dom nie może być tylko sypialnią, miejscem do regeneracji i odpoczynkiem przed „prawdziwym życiem”. Prowadzenie slow home ma mi zapewnić komfortowy stan ducha, dać poczucie równowagi pomiędzy sferą życia poza granicami domu i wewnątrz nich, poprzez czerpanie satysfakcji z obu.
To nie może być tak, że nagle, zaplątani w domowe obowiązki, łapiemy się na myśli, że to co ważne i wartościowe czeka na nas tylko poza domem, że realizowanie się jest możliwe wyłącznie poza nim - w pracy, wśród znajomych, podczas podróży. Mój dom nie może być tylko sypialnią, miejscem do regeneracji i odpoczynkiem przed „prawdziwym życiem”. Prowadzenie slow home ma mi zapewnić komfortowy stan ducha, dać poczucie równowagi pomiędzy sferą życia poza granicami domu i wewnątrz nich, poprzez czerpanie satysfakcji z obu.
Realia, w których żyjemy, nieustannie „podkręcają nam śrubę”, wymagają od nas szybkiego działania, nieznany dawniej multitasking staje się codzienną normą. Chciałabym zwolnić, idea slow life jest dla mnie nęcąca, ale niemożliwa do wcielenia w życie. Moje życie nie jest i nie będzie w najbliższym czasie slow. Codzienne obowiązki, trasy i wydarzenia związane z pracą jedną, pracą drugą oraz trójką dzieci, dalszą i bliższą rodziną, znajomymi a także emocje, myśli w głowie - u mnie nigdy nie jest powoli. Zazwyczaj jestem w niedoczasie i zawsze jest coś do zrobienia. To powoduje, że czasem się zgubię, pomylę, zmęczę czy nie zdążę. Ale ja lubię moje życie, moją codzienność, to po części mój wybór, że ona tak wygląda. Niekoniecznie więc slow life, ale slow home - owszem, chętnie.
I jeszcze jedna sprawa. Czynności wykonywane w domu i dla domu czy rodziny - z reguły wymagają sporo czasu, zaangażowania a są mało "medialne", bo dostępne małemu gronu odbiorców (domowników). Niesłusznie domowe czynności z tego powodu bywają deprecjonowane, uważane za obciążenie i utrudnienie w realizacji zadań z tego „prawdziwego życia”, związanego z byciem na zewnątrz, poza domem: z pracą, nauką, karierą, życiem towarzyskim, itd.
Staram się dbać o to, by mieć poczucie sensu podczas realizacji zadań zarówno w domu, jak i poza nim. Nie zawsze jest łatwo, nie zawsze mi się udaje, czasem mi ręce opadają (najczęściej nad kolejną miską prania), ale staram się.
I to jest fajne.
I jeszcze jedna sprawa. Czynności wykonywane w domu i dla domu czy rodziny - z reguły wymagają sporo czasu, zaangażowania a są mało "medialne", bo dostępne małemu gronu odbiorców (domowników). Niesłusznie domowe czynności z tego powodu bywają deprecjonowane, uważane za obciążenie i utrudnienie w realizacji zadań z tego „prawdziwego życia”, związanego z byciem na zewnątrz, poza domem: z pracą, nauką, karierą, życiem towarzyskim, itd.
Staram się dbać o to, by mieć poczucie sensu podczas realizacji zadań zarówno w domu, jak i poza nim. Nie zawsze jest łatwo, nie zawsze mi się udaje, czasem mi ręce opadają (najczęściej nad kolejną miską prania), ale staram się.
I to jest fajne.
Subskrybuj:
Posty (Atom)































